piątek, 3 stycznia 2014

Wydłubałaś sianko z naszego misia nie chcę się z tobą więcej spotykać





Następnego dnia wpadłam na pomysł zabrania Zbyszkowi śniadania do pokoju, żeby biedak nie medyknął z głodu. Idąc schodami w dół usłyszałam zatrzaśnięcie drzwi i stukot obcasów. Po chwili przetruchtała obok mnie zapłakana ciemnowłosa laska, której obcasy były tak wielkie, że przy jej szybkim chodzie uginały się na prawo i lewo. Ale trzeba jej oddać, że ma figurę dziewczyna… No, ale co ona robiła na piętrze u siatkarzy? Co najmniej dziwna sprawa.

Kiedy już skonsumowałam trochę sałatki i napiłam się soku, zabrałam śniadanie dla Bartmana, dorzucając mu jeszcze parę grzanek, których ja nie zjadłam. Niosąc tacę z pełną po brzegi szklanką herbaty modliłam się, żeby tylko nie przepaść prze z te durnie poskręcane schody, albo, żeby nie zostać popchniętą przez sfrustrowanego siatkarza lub rozgoryczoną laskę w szpilkach do nieba. Udało się. Zapukałam i dostałam pozwolenie na wejście. Zbyszek wyglądał już odrobinę lepiej i nawet nie mówił już przez nos. Dumna z siebie ruszyłam pewnym krokiem w stronę łóżka kolegi gdy wtem rozległ się dźwięk piosenki o natężeniu dźwięku z 90 dB. W każdym razie bardzo głośno. Z racji tego, że nie byłam przyzwyczajona do słuchania tak głośnej muzyki ani nie pomodliłam się o ciszę i spokój przestraszyłam się jak moja babcia pająka. Upuściłam tacę z jedzeniem wprost na krocze Zbyszka, które akurat okrywały tylko cienkie gatki. Auć.
- O Jezusie! Co ja narobiłam!  Zbyszek, wszystko OK?- Bartman zrobił minę jak poparzony. No cóż, w sumie to był poparzony. Wyszedł dość spokojnie do łazienki, a ja już tylko usłyszałam odkręcanie wody. Dam sobie rękę uciąć, że zimnej. Po 3 minutach, które dłużyły mi się jak 30, wyszedł z całkiem rozbawioną miną i ani na chwilę nie pomyślałam, że się obraził.
- Wszystko już dobrze. Nie powiem, żeby to było przyjemne uczucie, ale może w końcu wyleczę mój wiecznie przeziębiany pęcherz- wpadł w głupawkę i zaraził nią mnie. Śmialiśmy się do rozpuku przez dobre 10 minut.  
Jednak co najciekawsze, ta muzyka ciągle grała! Może o 2 tony ciszej, ale nadal. Postanowiłam wiec znaleźć jej źródło. Nie musiałam długo szukać. Drzwi do jednego z pokoi były podchylone więc to tam udałam się najpierw. Zapukałam, ale potem postukałam się w głowę, bo właściciel pokoju i tak nie usłyszałby nawet startu samolotu. Dyskretnie weszłam i najpierw usłyszałam hmm… specyficzną piosenkę… a potem moim oczom ukazał się Kuraś we własnej osobie tańczący przed lustrem i śpiewający do żelu Durex w ręku: „Wydłubałaś sianko z naszego misia nie chcę się z tobą więcej spotykać” itd. Itp.
Po paru minutach dostrzegł mój rozbawiony i jednocześnie pełen politowania wzrok.
- Bartuś, chciałbyś porozmawiać?- zmierzył mnie wzrokiem. Zabójczym.
- Nie!- wyłączył piosenkę.
- Na pewno?
- Chciałbym!- no i rozbeczał się. Serio- Siurak beczał. Usiadłam na łóżku a on obok mnie.
- No już, cicho- pogłaskałam go po głowie, która spoczęła na mojej klatce piersiowej. W międzyczasie zobaczyłam Zbyszka zaglądającego do pokoju Kurka. Pewnie mnie szukał. Jak zobaczył cały obrazeczek spojrzał na mnie z miną What the fuck?!. Pokazałam  oczyma, że ma się zwijać, a on odwrócił się na piecie i posłuchał mnie. I jeszcze zamknął drzwi. Znaczy zanim odwrócił się na pięcie.- to co się stało?
- Zerwałem z dziewczyną- wpadł w większy letarg. Ehh.
- Kiedy i dlaczego?- ugryzłam się w język. Ostatnie czego mu potrzeba to gadanie o niej. Tak mi się wydaję, niestety nie jestem doświadczona w tych sprawach. Trudno, najwyżej nie odpowie.
-  Była dziś w nocy u mnie. I nawet wygoniłem Pita i złączyłem łóżka. I miało być romantycznie, bo kupiłem świeczki…- faktycznie, na parapecie, w szklankach stały białe, tradycyjne świeczki, takie jak przyjmuje się księdza po kolędzie. No ale starał się.- bo to miał być nasz pierwszy raz. Znaczy mój. Jej pierwszy ze mną. No i stało się- kolejna fala słonych łez wylądowała na mojej koszulce z Alicią Keys.
- Więc w czym problem? Na pewno było cudownie
- No nie było! Znaczy było, ale… Nie wiem jak mam o tym mówić…. Czikita, obiecaj, ze nie będziesz się śmiała?
- Obiecuję- bardziej zapytałam niż potwierdziłam, ale na wszelki wypadek skrzyżowałam dwa palce nad jego głową w geście kłamstwa.
- Bo ona wiedziała co i jak a ja nie- wybuchnęłam tak, że aż oplułam jego głowę i koszulkę i podłogę w promieniu paru kroków. Korek uniósł głowę i spojrzał na mnie pytająco. Już miałam go przepraszać i w ogóle ale on:
- Na zdrowie- i powrócił do wcześniejszej pozycji. Co za facet!
- Dziękuję. No, mów dalej, słucham.
- I wstydziłam się, że jestem taki niedoświadczony. Stwierdziłem, że jak zerwę ja, to ona pomyśli że jest słaba w łóżku. Wiesz, taka reakcja obronna…
- A jak ona wygląda?
- Pelargonia?
- Nie no ta twoja panna…
- No Pelargonia?
- Przecież to kwiatek.
- Nie, to moja…. była. Pela, Pelusia, Pelunia….
- Więc…- trzy potężne oddechy- jak wygląda Pela?
- Czarne długie włosy… śliczna, taka wysoka, z cudownymi nogami…
- I wyleciała od ciebie jakieś półtorej godziny temu?
- Tak. A skąd wiesz? Znasz Pelargonię?- już miałam mówić, że znam, bo moja babcia hoduje, ale z racji tego, że płakał to ponownie użarłam  się w mięsień znajdujący się w jamie ustnej.
- Nie Bartuś, nie znam, ale jak szłam na śniadanie, to widziałam jakąś dziewczynę wybiegającą z naszego pietra. Ale wiesz, że ona płakała?
- Wie… co?! Płakała? Moja Pelusia płakała przeze mnie?- gwałtownie podniósł się i zaczął przebierać. Już myślałam, że chce popełnić samobójstwo, albo zacznie przypalać się księdzowymi świeczkami… No. Albo pobiegnie jej szukać.
- Bartek, co Ty do jasnej Anielki wyprawiasz?
- Zapomniałem, że mamy trening!
Wybiegł z pokoju z prędkością światła, albo dźwięku- cholera, nigdy nie wiem, co jest szybsze…

No wiec i ja wyszłam grzecznie z jego gniazdka i postanowiłam wrócić do Bartmana. W końcu wszyscy inni mają trening, a mnie to nawet pasuje jego towarzystwo.
Zbyszek nawet nie pytał co się stało. Moja mokra koszulka chyba mówiła sama za siebie… Oklapnęłam na podłodze i oparłam się bezradnie o ścianę.
- I pomyśleć, że chciałam kiedyś być swatką…- Aaa psik!
-  Na zdrowie.- odpowiedział zaniepokojony Zbyszek a ja zaczęłam się po raz kolejny dzisiejszego dnia chichrać bez opamiętania. Nagle czuję jego łapy na udach i plecach, myślę, że chce mnie zabić czy coś, a on mnie niesie do jakiegoś pokoju i kładzie na łóżku. Panika wisi w powietrzu, otwieram oczy a to… mój pokój.
- No przecież nie chciałem ci nic zrobić! Chyba się ode mnie zaraziłaś, Pam...
- Nawet mi to przez myśl nie przeszło!- i znowu skrzyżowałam palce…- Zbyszku, ja jestem zdrowa, po prostu kichnęłam.
- Ja też na początku tylko kichałem… Musisz leżeć i odpoczywać, niczym się nie martw powiem komu trzeba- okrył mnie szczelnie kocem i opiekuńczo zapytał:

- Może herbaty?- spojrzałam na krocze Bartmana i znowu zaczęłam się histerycznie śmiać.

~*~
No więc, jeśli jeden rozdział będzie obejmował dwie godziny z życia naszych bohaterów, to chyba nigdy tego nie skończę ;(

Szczęśliwego Nowego Roku :*
Dużo uśmiechu, weny i sukcesów sportowych.  :)

Trzymajcie się <3